Jeszcze nie wiedział, że pędzące na sygnale pojazdy, jechały w kierunku jego domu. Dopiero, gdy skręcił w leśną drogę, zauważył łunę ognia. Włosy zjeżyły mu się na głowie.
- Mieszkam z rodziną w domku w lesie - mówi trzęsącym się głosem Damian Wieprzkowicz. - Pożar w tym miejscu to zagrożenie dla nas, naszych sąsiadów, ale również dla lasu. Na widok ognia przyspieszyłem. To mógł palić się mój dom.
Kiedy pan Damian podjechał bliżej, okazało się, że ogień strawił domek letniskowy sąsiadów mieszkających na stałe w Warszawie.
- Sam pomagałem go budować - wspomina. - Teraz zostały z niego tylko zgliszcza.
Domek, chociaż nazywał się letniskowy, w zasadzie mógł być wykorzystywany przez cały rok. Położony w lesie dawał możliwość komfortowego wypoczynku. Nic dziwnego, że właściciele oraz ich córka lubili w nim przebywać.
- Moja siostra przyjaźni się z córką właścicielki domku - dodaje Damian Wieprzkowicz. - Tego dnia, gdy wybuchł pożar, dziewczęta również w nim były. Aż boję się pomyśleć, co mogło się stać.
Córka właścicielki letniaka - jak mówią mieszkańcy Płyćwi i Świętych Nowaków - przyjeżdżała tu z mamą, która jest pracownikiem naukowym w Warszawie na każde wakacje. Tu też poznała Arkadiusza M., mieszkańca Słomkowa.
- Chłopak nie miał dobrej opinii, ale matka nie chciała denerwować wrażliwej córki. Pozwoliła więc młodym kontynuować znajomość - mówi mieszkanka Świętych Nowaków. - Mało tego. Zabrała Arkadiusza M. do Warszawy, wynajęła mu mieszkanie, a nawet znalazła pracę. Ten kilka razy rzucał robotę. Żadna mu nie pasowała.
- To nie był spokojny chłopak - dodaje mieszkaniec Płyćwi. - Do pracy mu nie było spieszno. To był taki lekkoduch. I porywczy był. Kiedyś nawet biegał z nożem po wsi. Straszył te kobiety z Warszawy.
Feralnego dnia młoda warszawianka była w domku letniskowym z koleżanką. Był z nimi też Arkadiusz M. Dziewczyna mówi, że pokłóciła się z chłopakiem. Czy chciała go zostawić? Być może. Wiadomo, że w pewnym momencie chłopak zniknął, ale wychodząc krzyknął, że spali dom. Dziewczyny nie potraktowały poważnie tych gróźb. Wyszły z letniaka i przyszły do domu państwa Wieprzkowiczów. Chwilę później dom stanął w płomieniach.
- To musiało być podpalenie - twierdzą miejscowi. - Drewniany dom, mokry od padającego tego dnia deszczu, nie mógł się sam zapalić.
Na ratunek przyjechało prawie 20 strażaków. Ratownicy przybyli ze Skierniewic oraz z ochotniczych jednostek z Godzinowa i Makowa. Woda, którą mieli w beczkowozach, nie wystarczyła do ugaszenia pożaru. Jeździli, by ją uzupełnić do pobliskich Świętych Nowaków. Ich zadaniem było nie tylko uratowanie domu letniskowego, ale również pobliskich zabudowań oraz ogromnych połaci lasu. Jak twierdzą strażacy, szczęściem w nieszczęściu było to, że tego dnia padał deszcz.
- Straty są tu szacowane na około 200 tysięcy złotych - mówi Mariusz Wielgosz, rzecznik prasowy skierniewickiej Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej. - Sam budynek był wart około 150 tysięcy złotych. Ponadto spłonął sprzęt elektroniczny i wyposażenie.
Policja zabezpieczyła ślady.
- Nasi funkcjonariusze byli na miejscu pożaru - potwierdza Artur Bisinger, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Skierniewicach. - W związku ze zdarzeniem został też zatrzymany Arkadiusz M., 26-latek zamieszkały w powiecie skierniewickim. Był przesłuchiwany jako podejrzany o podpalenie domu należącego do Ewy K., mieszkanki Warszawy. Wiemy też, że przyjaźnił się z jej córką.
Jak informuje policja, 26-latek nie przyznał się do podpalenia budynku w Płyćwi.
- Jego koleżanka, a więc córka poszkodowanej kobiety, twierdzi jednak, że chłopak groził podpaleniem podczas kłótni z nią - dodaje Artur Bisinger. - Po sprzeczce gdzieś zniknął.
Przesłuchiwanemu Arkadiuszowi M. nie przedstawiono zarzutów. Młody mężczyzna zapewniał policjantów, że nie podpalił domu. Twierdził wręcz, że podczas zdarzenia w ogóle nie było go w Płyćwi.
- Po przesłuchaniu został zwolniony do domu - informuje rzecznik skierniewickiej policji.
Jak zapowiadają funkcjonariusze, to jeszcze nie koniec sprawy. Zwłaszcza, że zarówno straż pożarna, jak i policja podejrzewają celowe podłożenie ognia pod nieruchomość.
- Przekażemy dokumenty do analizy prokuratorowi - stwierdza Artur Bisingier. - Jeśli poszkodowana mieszkanka Warszawy nie wycofa skargi, sprawa gróźb będzie sprawdzana.
Tymczasem zarówno państwo Wieprzkowiczowie, jak i właściciele spalonego domu, nie mogą otrząsnąć się po ostatnich wydarzeniach. Widok spalonego doszczętnie letniaka codziennie przypomina, że życie dwóch bliskich im osób było zagrożone.
- Dziewczyny do tej pory są w szoku i nie chcą na temat pożaru rozmawiać - stwierdza Damian Wieprzkowicz. - Jakaś opatrzność Boska kazała im wyjść tego dnia z letniaka.