Wybierz region

Wybierz miasto

    Zagraniczni czarodzieje

    Autor: Marek Kondraciuk

    2006-12-23, Aktualizacja: 2006-12-23 02:17 źródło: Polska Dziennik Łódzki

    Łączy ich wiele. Ich domy rodzinne są daleko od Polski. Choć mają sporo dokonań, to jednak nigdy nie odnieśli sukcesu z drużynami narodowymi. Praca z reprezentacjami Polski w koszykówce, siatkówce i piłce nożnej jest ...

    Łączy ich wiele. Ich domy rodzinne są daleko od Polski. Choć mają sporo dokonań, to jednak nigdy nie odnieśli sukcesu z drużynami narodowymi. Praca z reprezentacjami Polski w koszykówce, siatkówce i piłce nożnej jest dla nich życiowym wyzwaniem.Wspólny mianownik uzupełnia to, że w Polsce zderzyli się z gigantycznym oczekiwaniem kibiców na sukces i nie mniejszą... zawiścią środowiska trenerskiego.

    Słoweniec Andrej Urlep, Argentyńczyk Raul Lozano i Holender Leo Beenhakker z trzaskiem zdruzgotali bariery, aż krytykanci zaniemówili. Trzej obcokrajowcy dokonali bowiem czegoś, co wydawało się niemożliwe do osiągnięcia.

    Luis de Funes koszykówki
    Reprezentacja Polski koszykarzy od 1997 roku przegrała eliminacje do czterech turniejów finałowych mistrzostw Europy. Rok temu spadła nawet do Dywizji B, a więc poza pierwszą szesnastkę! Dziką kartę otrzymaną od FIBA, jak gorący kartofel podano Andrejowi Urlepowi, a on zmienił ją w dżokera. Nieuleczalnie chory na koszykówkę Słoweniec, przy którym żywiołowy francuski komik Luis de Funes to flegmatyk, nakłonił do gry wszystkich najlepszych, nadał drużynie wyraźne oblicze, tchnął w nią wiarę i wkrótce... świętował sensacyjny i efektowny powrót do elity.

    Zdyscyplinowany Latynos
    Trzydzieści dwa lata od finałów Mexico '74 kibice czekali na medal siatkarzy w mistrzostwach świata. Piętnastu następców nieodżałowanego Huberta Wagnera (dwukrotnie nawet on sam) bezskutecznie próbowało nawiązać do sukcesów legendarnej drużyny. Sztuka udała się dopiero Raulowi Lozano. Pełen temperamentu Argentyńczyk, wyznawca kultu pracy, kierujący się zupełnie niepasującymi do latynoskiego stereotypu zasadami dyscypliny, zmienił mentalność naszych siatkarzy.

    Ze sfrustrowanych porażkami osiłków, mających strach w oczach przed kolejną przegraną, uczynił niepękających przed nikim wojowników. Wspaniale wykorzystał właściwą polskiej naturze determinację w ataku, nakłonił zawodników do katorżniczej pracy nad poprawą bloku i gry w obronie. Przekonał, że w sporcie na szczyty prowadzą pokora, cierpliwość i praca.

    Jego podopieczni wykonali olbrzymią pracę. Przestali się fascynować pojedynczymi dobrymi zagraniami i z pokorą dążyli do celu głównego. Nauczyli się cierpliwie szukać swojej szansy i z mistrzostw świata w Japonii przywieźli srebro, wywołując ogólnonarodową euforię.

    Lekarz od kompleksów
    Po klęsce na niemieckim mundialu nasza reprezentacja piłkarska przypominała pospolite ruszenie, wycofujące się z pola bitwy. Zanikła jedność, nikt nie potrafił postawić rzetelnej diagnozy, a tym bardziej znaleźć antidotum na apatię, zniechęcenie, wszechobecne poczucie zaprzepaszczonej szansy. Drugi z rzędu mundial przegrany w fatalnym stylu utrwalił polskie kompleksy. Roli lekarza podjął się charyzmatyczny Holender Leo Beenhakker, którego wizytówkami były sukcesy z Realem, Ajaxem i Feyenoordem. Zaczął fatalnie, rzucając na stół zgrane karty zadżumionych porażką ludzi Janasa. - Poczekajcie, ja wiem, jak moi piłkarze muszą grać, aby wygrywać, ale oni sami jeszcze tego nie pojmują - mówił Leo. Szybko znaleźli się chętni do pakowania Holendrowi walizek, ale oto stał się cud. W zespole pojawili się nowi, młodsi, grający w polskiej lidze i... nie zawiedli. Zespół zaczął grać inaczej i pokonał czwartą drużynę świata Portugalię oraz spragnioną sukcesu Belgię.

    Droga do finałów Euro 2008 znów się poszerzyła, a don Leo utonął w zachwytach, wypowiadanych nawet przez niedawnych wrogów. Nietuzinkowe sukcesy trzech zagranicznych selekcjonerów wytworzyły wokół nich klimat życzliwości. Powszechnie zaczęto chwalić ich warsztat, wizję pracy, konsekwencję w dążeniu do celu. Wzrosła jednak również presja oczekiwań. Szybko ukuto teorię, że jak ma być sukces, to tylko z zagranicznym trenerem.

    Dobry, bo obcy?
    To jednak teoria chybiona, niedająca się poprzeć ani argumentami historycznym, ani współczesnymi. Zatrudnianie obcokrajowców do pracy z reprezentacjami Polski nie jest - wbrew obiegowym opiniom - niczym nowym. Około 30 zagranicznych szkoleniowców przygotowywało naszą czołówkę do igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata, ale tylko nieliczni odnieśli spektakularne sukcesy. Większość epizodów z obcokrajowcami była bądź bezbarwna, bądź zupełnie nieudana. Tylko Węgra Janosa Keveya, trenera cudownych dzieci polskiej szermierki, można ustawić w jednym rzędzie z "Papą" Feliksem Stammem, Janem Mulakiem, Kazimierzem Górskim, Hubertem Wagnerem i Andrzejem Niemczykiem. To nie Rosjanin Władysław Mitrofanow i nie Amerykanin Terry Stoddard stworzyli nową jakość w polskim pływaniu, ale Paweł Słomiński.

    W dyscyplinach indywidualnych dużo dobrego zrobili m.in.: Hiromi Tomita (judo), Michaił Szachow i Lew Szyrszakow (zapasy), Aleksander i Andriej Tołomanowowie (kolarstwo), Władimir Bjeljakow (gimnastyka), a robią: Nadia Biełowa, Roman Bondaruk i Aleksander Wierietielnyj. Gorzej wspominani są Pavel Mikeska i Heinz Kuttin (skoki).

    W grach zespołowych pracowało z naszymi reprezentacjami mniej obcokrajowców. Nie przeszli jednak do historii, jako ludzie polskiego sukcesu m.in.: Jean Prouff (piłka nożna), Veselin Matić (koszykówka), Gary Hughes, Anatolij Jegorow, Ewald Grabowski, a zwłaszcza Ludek Bukac (hokej na lodzie). Niewiele osiągnął na razie obecny trener hokeistów Czech Rudolf Rohacek.

    Aby Polacy odnosili sukcesy, nie są potrzebni trenerzy zagraniczni lecz trenerzy wybitni.

    Sonda

    Czy uczniom należy zabronić korzystania z telefonów komórkowych w szkole?

    • tak (64%)
    • nie (36%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.